wtorek, 21 października 2014

Sąsiedzi

     Szukając mieszkania  priorytetem nie byli mili sąsiedzi. Liczyło się wygodne łóżko i dostęp do internetu. Niestety, gdy brama wjazdowa od Twojego domu zacina się w połowie, a Ty stawiasz samochód na chodniku znajdującym się przy płocie Twoich sąsiadów, wiedz, że to najgorsza rzecz jaką mogłaś/ mogłeś uczynić, a Twoje postrzeganie pewnych spraw, może się diametralnie zmienić.
            Godzina 7:20 wracam od rodziców, którym codziennie z rana podrzucam psa. (Robię tak, aby mój "kochany" zwierzak się nie zanudził, siedząc 8 godzin w domu. Przy okazji uczę się odpowiedzialności, będąc jak matka, która odwozi dziecko do przedszkola).
Próbuję otworzyć automatyczną bramę wjazdową, prowadzącą na moje podwórko, niestety zawodzi. Stawiam więc samochód po drugiej stronie wąskiej uliczki. W taki sposób, aby sąsiad mógł wyjechać ze swojej posesji, a kto inny bez problemu przejechać obok, nie zahaczając o lusterka. Mam jeszcze 40 min. na zjedzenie śniadania. 
O 8 wychodzę z domu, wsiadam za kierownicę swojego czterokołowca i oto między dwoma drzewami pojawia się GŁOWA, GŁOWA tzw. mówiąca. Niestety radio i silnik samochodu zagłuszają  poszczególne słowa, które namiętnie wypowiada w moim kierunku. Otwieram okno  i słyszę " MOGŁABY PANI TU NIE PARKOWAĆ". Zastanawiam się chwilę czy powiedzieć GŁOWIE "Dzień dobry" czy sobie darować. Daruję sobie. Odpowiadam "Przepraszam, ale ja tu mieszkam" i wskazuję  na mój dom. Pragnę również GŁOWIE wyjaśnić co skłoniło mnie do tego jakże drastycznego kroku, jakim było zaparkowanie przy jej płocie. Jednak ta ginie gdzieś w czeluściach zieleni. Odjeżdżam, z lekko zepsutym humorem.
Bywają sąsiedzi, którzy 50 cm od ścian Twojego domu sadzą rząd tui, po uprzedniej walce o ścięcie wielkiego bzu, który zakrywał jedyne okno w kuchni. Są też tacy, którzy w szpilkach i szlafroku wpadną z  zamiarem uciszenia przed godziną 21. Bo przecież, spokój podczas oglądania ulubionego serialu jest najważniejszy.
Tacy, którzy do godziny 23 naprawiają rząd samochodów stojący pod ich domem. A niedziela wcale nie jest dniem świętym i wolnym od pracy. Dla nich liczy się każdy grosz. Bywają dilerzy, studenci i wszelkie inne zło.
Czasem  zdarzają się też sąsiedzi z gatunku: pomocnych. Pożyczą Ibuprom, gdy głowa boli bardzo, a dojście do apteki to nie lada wyczyn. Odbiorą list lub paczkę, na które w zniecierpliwieniu się oczekuje. Wyjdą z psem, gdy w pracy robisz nadgodziny.
Sąsiedzi są kochani, czasem mniej. Ludzie dziwni. Mający swoje upodobania i dziwne zwyczaje.


PS.  A przecież i ja jestem SĄSIADKĄ. W dodatku ze szczekającym, nieznośnym, czarnym psem
  koszula/shirt- sh, spódnica/skirt- all, zamszowe szpilki/ suede heels- BATA

czwartek, 16 października 2014

Moja.





Gdy ktoś odchodzi pojawia się CHAOS.
Gdy Ty odeszłaś...
Pojawił się BEZKRES.
Przestrzeń i wiele pytań.

                                      Moja Kochana, Uparta, Niezależna Babciu 




niedziela, 21 września 2014

Pogodzić się ze starością.


Zmiany w życiu są czasami nagłe i niespodziewane. Kolejne przybywające centymetry w pewnych partiach mojego ciała, zaskoczyły mnie na tyle, że gdy patrzę na te zdjęcia, nie poznaję własnej osoby.
Mimo regularnych ćwiczeń, moje ciało się zmienia. Mając prawie trzydzieści lat zaczynam przypominać kobietę. I nawet mi się to podoba. Zniknęły moje problemy z cerą, biust nie jest już w rozmiarze 0. Jedynie w jeansach  nie czuję się komfortowo i mam wrażenie, że moje uda są jak dwa wielkie bloki skalne.
Mama twierdzi, że w końcu "dorosłam". Trochę późno, ale podobno lepiej późno niż wcale.  Czasem zdarza mi się zerknąć z nostalgią na chude dziewczyny, których kości biodrowe niebezpiecznie wystają i ocierają się o spodnie.  Jednak po chwili godzę się z faktem, że bliżej mi do trzydziestki, a z radosnej nastolatki mało co zostało. Przynajmniej z zewnątrz. Bo w głowie nadal mam wrażliwość ducha i dziesiątki tysięcy myśli. Marzenia i chęci zmiany, które po części miną z dniem 1 października, kiedy to zmienię w końcu miejsce swojego zamieszkania. (Tak! Udało się!). Po depresji spowodowanej niemożliwością znalezienia konkretnego lokum. Wielkim płaczu i przypływie gniewu, oraz wystawienia przyjaciółki za drzwi, znalazłam lokum, do którego wprowadzam się na początku października.  
Wracając do tematu starości i zmian zachodzących w moim ciele, to oprócz nagłej zmiany wyglądu zewnętrznego, odczuwam także inne dość przykre skutki postępującego ducha czasu. Ból pleców, kolan, zatrzymywanie wody w organizmie. Dopadło mnie również zmęczenie w postaci braku chęci organizowania wszelkich spotkań towarzysko - kulturalnych.  Gdy przychodzi sobota, wolę wsiąść w samochód i pojechać gdzieś daleko. Wszelkie planowanie imprez masowych stało się dla mnie obowiązkiem, który nakłada na mnie pracodawca. 
Mając prawie trzydzieści lat biorę leki na pamięć i koncentrację. Nie wiedzieć czemu, zapominam czasem o tym gdzie położyłam klucze lub zaparkowałam samochód. Sądzę jednak, że przyczyną nie jest zanik szarych komórek, a po prostu brak rozgarnięcia. Bo gdy wychodzę z pracy, wyłączam się prawie na wszystko i wszystkich.  
Jak to mówią mądrzy ludzie "Kamyk, zmiany to naturalna kolej rzeczy". Tak, więc poddawać się zanikom pamięci nie mogę. Uczuciu ciężkich nóg również. Mam zamiar być krągłą XXlatką z wesołym  czasem dość wybuchowym usposobieniem.


 sukienka/dress - ZARA outlet, torebka/bag - vintage, naszyjnik/necklace- ZARA outlet, 
zamszowe szpilki/suede heels - Zona Zero

poniedziałek, 1 września 2014

Za wysokie wymagania.


Od około 3 miesięcy noszę się z zamiarem wyprowadzki.  Po obejrzeniu ok 10 mieszkań/pokoi doszłam do wniosku, że albo coś ze mną jest nie tak (mam za wysokie wymagania), albo inne czynniki (może uroda i miły wyraz twarzy) przeszkadzają mi w znalezieniu czterech kątów, do których przyjemnie byłoby wracać po pracy. 
Dziś po kolejnej nieudanej próbie wynajmu 16 metrów kwadratowych, zwątpiłam. I to na tyle, że jestem w stanie rzucić pracę i przenieść się na odległą o 30 km wieś, by tam przy dźwiękach palonego w piecu kaflowym drzewa, delektować się spokojem i obecnością psa demona. Jedynie spędzane tam noce, mogą w mojej wyobraźni przypominać te z najgorszych horrorów. 
Postanowiłam Wam opisać to, co mnie spotkało w ciągu 2 miesięcy poszukiwań gniazdka idealnego. Oto przed Wami: MIESZKANIOWE PERYPETIE KAMILI B.
Mieszkanie nr 1. Studenckie. Cztery pokoje, trzech lokatorów.  Mój przyszły pokój posiada małe okno z widokiem na smutne skupisko szarych wieżowców. Ściany pokoju są w kolorze brudnej, zgniłej zieleni. Dla dopełnienia efektu "dżungli" na jednej z nich naklejono fototapetę z wizerunkiem ciemnego lasu. Swój wzrok kieruję na podłogę. Jej powierzchnia pokryta  jest linoleum (brudne i ciemnobrązowe, we wzór imitujący parkiet) pamiętające czasy PRL..Gdzieś w kącie leży jeden grosz.  Pozostawiony chyba tak na szczęście dla przyszłego lokatora. Pytam dziewczyny, która mnie oprowadza:
-  „Kto tu mieszka?”
Uzyskuję odpowiedź:
- "Ja i  dwóch chłopaków, ale jeden z nich nie pojawia się tu od 2 miesięcy".
Pragnę jak najszybciej opuścić to miejsce i nigdy nie wrócić. Żegna mnie widok obskurnych obitych skórą drzwi, z wygryzioną na środku dziurą. Uciekam.
Pokój nr 2. Mieszkanie studenckie, liczba pokoi 4. Podoba mi się duża szafa i toaletka. Minusy- stare okna, przez które prawdopodobnie zimą wiatr hula po pokoju. Dostrzegam taśmę izolacyjną gdzieś przy górnej framudze. W pewnym momencie moja przyszła, niedoszła współlokatorka nawet mnie rozbawia pytaniem:
- „ Masz chłopaka?”
Odpowiadam, że mam. Moja odpowiedź ją satysfakcjonuje. Mówi:
- "A widzisz jest duże łóżko. Będziesz zadowolona".
Jak miło, dziewczyna od pierwszych minut naszej znajomości dba o moje relacje z chłopakiem. 
Pytam jej, jak wygląda sprawa sprzątania. Czy jej koledzy się nie buntują gdy przychodzi czas na uprzątnięcie bałaganu? I tu słyszę:
- "Ostatnio jeden z chłopaków nie chciał sprzątać, dlatego szukam dziewczyny jako współlokatorki, faceci są zbyt problemowi".
Moje kolejne pytanie brzmi:
- „A jak wygląda sprawa imprez?
Jej  odpowiedź znów mnie rozbawia, ale nie satysfakcjonuje.
- "Imprezy – spoko. Możesz śmiało je organizować. Ja w swoim pokoju nic nie słyszę". Wychodzę i dochodzę do wniosku,  że jestem za stara na mieszkanie studenckie.
Pokój nr XXX- Ogłoszenie brzmi fajnie, zdjęcia mieszkania też są ok, cena przystępna i liczba lokatorów do mnie przemawia.  Dzwonię pod wskazany numer, nikt nie odbiera. Próbuję raz, drugi, trzeci i nic. Zmieniam telefon na mamy, myśląc, że to coś z moją komórką jest nie tak. Kilka godzin później moja rodzicielka informuje mnie o telefonie od nieznajomego Pana. Znów próbuję się z nim skontaktować bez skutku. Piszę więc sms z pytaniami:
- „Kto mieszka w mieszkaniu? Czy jest Internet?”
 O dziwo! Pan odpisuje. Prawie wszystko wydaje się ok. Nawet informacja o tym, że lokatorem jest  dwudziestoparoletni chłopak mnie nie przeraża. Stawiam się o umówionej godzinie pod drzwiami mieszkania i ...całuję klamkę. Kilka minut później na klatce schodowej pojawia się trzydziestoparoletni mężczyzna, który nie chce mnie wpuścić do środka, póki nie sprzątnie bałaganu. Nie pozostaje mi nic innego jak  cierpliwie poczekać. Po chwili drzwi się otwierają, a moim oczom ukazuje się mieszkanie IDEALNE. Pierwszy raz od x czasu jestem zachwycona. Na drugi dzień oddzwaniam i mówię, że jestem zdecydowana. Proszę tylko o dokładną cenę z rachunkami, aby potem przy rozliczaniu się nie było niespodzianek. Moja dociekliwość nie prowadzi do niczego dobrego. Pojawiają się schody. Pan nie wie ile wydaje na ogrzewanie, gaz i prąd. Zapewnia mnie, że to sprawdzi w ciągu kilku dni,  po czym pyta:
- "Czy  mój chłopak nie będzie zazdrosny?"
 odpowiadam , że "Nie. Nie ma o co". Pan ma oddzwonić, kolejnego dnia. Niestety nasz kontakt się urywa. 
Przygoda z kolejnym mieszkaniem jest moją ostatnią, którą tu opiszę. Przeglądając ogłoszenia, znalazłam po raz drugi mieszkanie IDEALNE. Blisko rodzinnego domu i chłopaka. Lokum świeżo po remoncie, w bardzo rozsądnej cenie. Jestem zainteresowana. Jedynie Pan, który zajmuje się sprawami wynajmu, wydaje się trochę nieogarnięty, może zapracowany. Prosi mnie abym oddzwoniła w poniedziałek, czyli dziś. Po konsultacjach z bliskimi decyduje się na wynajem całego mieszkania. Przynajmniej w tym jednym wypadku wiem na co będę przeznaczać połowę swojej wypłaty.  Dzisiejszego ranka, pełna nadziei, dzwonię. Pan odbiera i oświadcza mi, że niestety, ale żona wynajęła mały pokój i został ten drugi, większy.  Grzecznie (a może z irytacją w głosie) tłumaczę mu, że po pierwsze nie taka była umowa, po drugie chcę wynająć całe mieszkanie. W końcu po kilku minutach dochodzimy do konsensusu. Jestem zdecydowana tam zamieszkać i godzę się nawet na lokatora w postaci licealisty. Przemiły Pan obiecuje, że żona oddzwoni wieczorem i dogada ze mną szczegóły. Dzisiejszy wieczór się kończy, a telefonu jak nie było, tak nie ma. 

Nie wspomnę tu o  moich rozmowach telefonicznych w sprawie wynajmu, gdzie okazywało się, że w mieszkaniu nie ma pralki, a "wszystkie media" (oznaczają prąd i gaz). Wybaczam to właścicielom mieszkań pod wynajem. Przecież Białystok to Polska B. Pralka do życia nie jest potrzebna, zaś internet to luksus, który nie dany jest każdemu. 






kombinezon/jumpsuit - ZARA, naszyjnik/ necklace - CARRY, buty/shoes - SINSAY, torebka/bag- sh.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dbajmy o przyjaciół.

Od około miesiąca mam w głowie pustkę. Jest ona na tyle uciążliwa, że mój neurolog przepisał mi tabletki na pamięć i koncentrację. Ów zaćmienie powoduje też zmniejszoną aktywność na blogu. Dziś po spotkaniu z kuzynką i wypiciu potężnej ilości białej czekolady, moje częściowe zatwardzenie intelektualne minęło na tyle, aby napisać parę zdań tym jak należy dbać o przyjaciół i więzi, które z nimi łączą.
Moja grupka przyjaciół zawęziła się dość znacznie w ciągu ostatnich lat. Niektórzy niewytrzymali moich wahań nastrojów, spowodowanych przykrymi doświadczeniami. Inni dali mi wsparcie.  Jeszcze inni, odeszli z powodów dość błahych, np. znalezienia partnera życiowego. Grono moich przyjaciół ogranicza się w większości do osób, które nie mieszkają w moim mieście. To ludzie, którzy pamiętają o przysłaniu mi czekoladek z drugiego końca Polski i wysłaniu kartki na urodziny/święta. Ich mieszkania i domy stoją dla mnie otworem, np.  nie ma problemu, gdy samolot z Warszawy odlatuje nad ranem, a dojazd z Białegostoku jest utrudniony i potrzebny jest nocleg. 
Problem nie istnieje w sytuacjach, gdy dostaje zaproszenie na męski wieczór i nie chcę być jedyną dziewczyną. Dzwonię do osoby, którą kilka lat temu nie podejrzewałam o ludzkie odruchy, a Ona zwarta i gotowa stawia się po 30 minutach u mnie w mieszkaniu, następnie już na imprezie sprawia, że poznaję kogoś wartego uwagi.
Przyjaciele czasem podrapią po pleckach i pociągają za włoski, bo wiedzą jakim pieszczochem jestem.
Bywają chwile, gdy przyjaciel/ przyjaciółka zawala. Kontakt z taką osobą staje się utrudniony, mimo to jej/ jego konto na instagramie jest aktualizowane co 2 godziny. W tym wypadku masz dwa wyjścia z sytuacji. Możesz poczekać aż szczęśliwy czas minie (uprzedzam może to trwać długo), ewentualnie jaskrawą, grubą kreską odkreślić to co Was łączyło.  


 Sytuacje opisane wyżej, zdarzyły się naprawdę, a osoby w nich uczestniczące są bliskie mojemu sercu. 


sukienka/dress - sh,  koszyk/ basket bag - sh, naszyjnik/necklace - stradivarius, zamszowe szpilki/ suede heels - Zona Zero

sobota, 26 lipca 2014

Oaza.

Do niedawna szukałam swojego miejsca na ziemi. Przejrzałam miliard ogłoszeń dotyczących wynajmu pokoi. Obejrzałam kilka mieszkań rodem z PRL. Zwątpiłam. W takich chwilach wyjazd do S. okazuje się jedynym  ratunkiem dla mojej zmęczonej poszukiwaniami czterech kątów duszy. Wybieram 90metrowy dom z mrówkami, które co roku o tej samej porze opanowują pół domu. Na nic ich gazowanie, trucie proszkami w kolorze wściekłego różu, przyjdzie sierpień i zimne noce a towarzyszki mojej doli znikną. Oprócz mrówek jest też stado komarów i nieskoszone podwórko. Wybieram miasteczko pełne plotek i dziwnych zwyczajów z sąsiadami, którzy wiedzą "wszystko o wszystkich". Czasem wieczorami ukrywają się między kwiatami, obserwują kto wjeżdża na moje podwórko. 
Wyjeżdżam z miasta w piątkowe popołudnie. Zabieram chłopaka, który po tygodniu ciężkiej, merytorycznej pracy marzy o zimnym piwie i chwili spokoju oraz psa dla którego każdy wyjazd poza miasto to kolejna przygoda. Czasem wpadają moi znajomi, rozpalamy ognisko, słuchamy rechotu żab, walczymy z komarami jeśli "Antybzzz" nie działa. Na drugi dzień leczymy kaca i wspominamy nocne harce. A gdy przychodzi koniec weekendu, idę do sąsiadki po 20 par jajek od kur, które z radością skubią zieloną, niespryskaną chemicznymi środkami trawę. Pakuję rzeczy, wsiadam za kierownicę samochodu. Po pół godzinie jazdy samochodem, wracam do mieszkania, w którym czeka mama z obiadem i narzekający tata. Siadam wygodnie na kanapie i odliczam dni do kolejnego wypadu gdzieś za miasto.
  
 fot. Omnium- Projektowanie graficzne i fotografia

sukienka/dress- MOHITO, torebka/bag -H&M, 
marynarka/ jacket - sh, sandały/sandals - Zona Zero, okulary/sunglasses- RESERVED MEN

piątek, 4 lipca 2014

Mundialowe rozterki


Od lat jestem wierną fanką siatkówki, za piłką nożną nigdy nie przepadałam. Pewne przewrotne wydarzenie sprawiło, że od jakiegoś czasu chcąc czy nie, ta dyscyplina sportowa stała się częścią mojego nowego, lepszego życia, np. jadąc PKS-em nad morze, musiałam przyjąć do wiadomości fakt, że około godziny 21 transmitowany będzie jeden z meczy LIGI MISTRZÓW. Moim zadaniem była modlitwa o dogodne połączenie z wifi. Czy miałam coś przeciwko, aby mój współpasażer cieszył się z każdego gola drużyny, której kibicował? Raczej nie, korzystając z okazji zasnęłam.
Moja piłkarska wiedza dotyczy ilości i rozmieszczenia bramek na boisku oraz definicji spalonego. Wiem też że co 4 lata rozgrywają się Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Na czas tego wielkiego, piłkarskiego święta wg. wskazań moich kolegów oraz mnóstwa demotywatorów, kobieta ma znaleźć miejsce wygodne, zaciszne, a co najważniejsze położone jak najdalej od odbiornika, który transmituje mecz. Kobieta vs. piłka nożna to poważny i bardzo popularny problem! My - kobiety jesteśmy kreowane na zaborcze, pełne piłkarskiej nienawiści istoty. Czy rzeczywiście tak jest? Prawda leży po obu stronach, dlatego poniżej podaję kilka cennych rad dotyczących tego, jak przetrwać MUNDIAL i nie zniszczyć związku.
Jeśli nie jesteś fanką piłkarskich zmagań, nie widzisz zalet w oglądaniu przystojnych piłkarzy, powinnaś sobie znaleźć inne zajęcie. Skorzystanie z chwili wyłącznie dla siebie, to dar od niebios. Możesz wyjść z koleżankami na drinka, ewentualnie poczytać książkę, zadbać o siebie. Jeśli jesteś zapracowaną matką, powinnaś wziąć urlop, pojechać na upragnione wakacje. Dzieci zostaw teściowej, mamie ewentualnie mężowi, który w przerwach poszczególnych rozgrywek zadba o rodzinę ;) Jeśli mecz piłki nożnej nie wywołuje w Tobie negatywnej fali emocji, jest to idealny czas na scalenie Twojego związku. Kup piwo, chipsy, usiądź z ukochanym na okupowanej przez niego kanapie i obejrzyj choć jeden mecz. Zobaczysz, że "urośniesz" w jego oczach do rangi tej "idealnej". Nie będzie skarżył się kolegom na swoją wredną, nietolerancyjną dziewczynę.
Może zdarzyć się tak, że będziecie razem z mężem/chłopakiem/narzeczonym dzielić jedną małą przestrzeń. Przyjdzie czas meczy, ty zechcesz obejrzeć rozgrywki siatkówki, on z kolei wybierze piłkę nożną. Wtedy w życie wprowadźcie słowo "KOMPROMIS". Moja wizja pójścia na ustępstwo wygląda mniej więcej tak: oboje siedzicie na tej samej zdezelowanej kanapie, każde z własnym laptopem, zakładacie na uszy słuchawki i delektujecie się cudowną chwilą bycia razem przy jednoczesnej możliwości obejrzenia tego co planowaliście. Jeśli nie posiadacie dwóch laptopów, telewizorów wtedy kobieto miej serce, niech Twój wybranek idzie z kolegami do pubu gdzie transmitowany będzie mecz. Wróci na pewno a jeśli nie, oznaczać to będzie, że nie wart był Twojego serca i całej mundialowej gorączki. 

 
 



sukienka/dress - atmosphere outlet, zamszowe szpilki/ suede heels - vintage, pasek/belt- H&M, kolczyki/earrings- H&M, torebka/ bag - vintage